poniedziałek, 3 listopada 2014

Przygotowania do podróży

Wyprawa do Kanady to spory projekt, do którego trzeba się dobrze przygotować aby po drodze nie pojawiły się nieprzyjemności, które mogą uprzykrzyć pobyt. Nam nie zdarzyła się żadna taka sytuacja, dlatego poniżej zamieszczam informacje wraz z timingiem co dobrze jest zrobić jeszcze w Polsce:

Co najmniej pół roku przed
 
  1. Paszport/wiza – od 2009 roku wizy do Kanady zostały zniesione pod warunkiem posiadania paszportu biometrycznego. Jeżeli mieliście wyrabiany ten dokument po 28 sierpnia 2006 roku to jest on biometryczny. Jeżeli nie, to wyrobienie takiego paszportu trwa zazwyczaj ok 3 tygodni i kosztuje 140zł (dla studentów jest taniej – 70 złociszy). Warto pamiętać, że bez ważnego paszportu nie można kupić biletów lotniczych!
  2. Bilety lotnicze – aby wyhaczyć najlepszą ceną warto sporo wcześniej śledzić portale informujące o lotniczych okazjach. Te, z których my najczęściej korzystamy to: fly4free, ciekawski podróżnik, mleczne podróże. Bilety zazwyczaj są tańsze im wcześniej się je kupi. Za nasze zapłaciliśmy w lutym czyli z siedmiomiesięcznym wyprzedzeniem. Gorąco polecam jesień na wyjazd do Kanady – brak turystów, przepiękna sceneria, temperatura ani nie za wysoka ani nie za niska – żyć, nie umierać J


Dwa miesiące przed
  1. Karta kredytowaDobrze uzbroić się w taką kartę, a najlepiej to mieć dwie – jedną MasterCard, a drugą Visa. Niestety zdarzają się miejsca, w których można płacić tylko jedną z nich, więc nigdy nie wiadomo, która się przyda. Karta jest też konieczna jeszcze przed wyjazdem do płacenia za transport publiczny, noclegi bądź wypożyczenie samochodu. Dobrze dowiedzieć się przy jej wyrabianiu o naliczane opłaty. Szukajcie takiej, którą można płacić w sklepach bez żadnych prowizji (na pewno ING i mBank). Trzeba wziąć poprawkę, że taka karta fizycznie pojawia się w skrzynce pocztowej nawet do dwóch tygodni po podpisaniu umowy z bankiem.
  2. Praktyczny przewodnikJeżeli Kanada jest dla Was taką samą nieodkrytą zagadką jak dla nas przed wyjazdem, polecam przeczytać wcześniej dobry przewodnik. My wybraliśmy Pascala, prawie 800 stron, z opisaną każdą prowincją. Dzięki niemu zaczęliśmy w ogóle ogarniać temat i mogliśmy wybić sobie z głowy przelot na zachodnie wybrzeże do Gór Skalistych. Stwierdziliśmy, że trzy tygodnie na wschodzie to i tak za mało. Na zachodnie wybrzeże jeszcze wrócimy J
  3. Katalogi z KanadyO tyle i ile przed wyjazdem dobrze jest chociaż przejrzeć porządny przewodnik, o tyle na miejscu na niewiele się on przydaje. Na szczęście kraj jest tak nastawiony na turystów, że przysyłają na zamówienie na dowolny adres kapitalne, kolorowe, treściwe przewodniki. Koszt takiego katalogu: 0zł, koszt przesyłki do Polski: 0zł. My byliśmy zainteresowani głównie prowincjami Nowy Brunszwik i Nowa Szkocja. Wystarczy wypełnić wniosek na stronie i czekać (ok 2 tygodni) na przesyłkę.
  4. Blogi podróżniczePrzed zaplanowaniem trasy naczytaliśmy się sporo blogów innych podróżników (część z nich można znaleźć w linkach po prawej stronie). Jednak prowincje, które chcieliśmy zobaczyć są bardzo sporadycznie odwiedzane przez Polaków i próżno szukać jakiś blogowych wpisów z takich wypraw. (Jeżeli czytacie blogi o podróżach do NB, NS bądź w inne zakątki Kanady podeślijcie mi koniecznie!).
  5. Bilety na transport w KanadzieI tutaj znowu złota zasada – im wcześniej tym taniej. Z takim wyprzedzeniem byliśmy już w stanie określić w jakich miastach i kiedy będziemy tuż po wylądowaniu w Kanadzie oraz tuż przed powrotem do Polski. Dzięki temu zarezerwowaliśmy bilet lotniczy z Toronto do Quebec, bilet kolejowy z Quebec do Montrealu (zniżki dla młodzieży) oraz bilet autobusowy z Montrealu do Toronto.
  6. UbezpieczenieZazwyczaj podstawowe ubezpieczenie jakim jesteśmy objęci nie ma zasięgu na innych kontynentach. Ponadto celnik na granicy kanadyjskiej może prosić nas o okazanie dokumentu ubezpieczenia. My zdecydowaliśmy się na ubezpieczenie EURO26, ponieważ było najtańsze – płaci się za każdy dzień pobytu za granicą, a nie za cały rok i miało wszystkie potrzebne nam świadczenia. Podstawową wersję można wyrobić do 30 roku życia na poł roku bądź rok. Koszt takiej prostej wersji to 14zł + 3,20zł za każdy dzień pobytu w Kanadzie. Kartę zamawia się przez formularz na stronie i przychodzi ona pocztą w przeciągu tygodnia. Następnie, znowu na stronie, aktywuje się pakiet na Kanadę. Warto pamiętać o wydrukowaniu zaświadczenia o ubezpieczeniu i trzymaniu go ze sobą podczas przelotu.
  7. Dokument uprawniający do zniżek studenckichW Kanadzie sporo zaoszczędziliśmy na wstępach do atrakcji dzięki zniżkom studenckim. Jedynym dokumentem potwierdzającym status studenta honorowanym na całym świecie jest karta ISIC. I znowu wyrobić ją można na pół roku bądź rok (bez względu na datę nadrukowaną na naklejce na legitymacji studenckiej). Koszt podstawowej wersji to 24zł i wyrabia się ją na miejscu w wielu biurach podróży (należy mieć ze sobą zdjęcie). ISIC ma również ubezpieczenie w Kanadzie, ale można wykupić je na minimum pół roku i jest znaczenie droższe niż to oferowane przez EURO26.
  8. Rezerwacja samochoduJeżeli odpowiednio wcześnie wypożyczymy samochód możemy liczyć na sporą zniżkę. Po przeczytaniu wielu opinii na temat kanadyjskich wypożyczalni wybraliśmy Avis. Przy płaceniu od razu kartą kredytową kwota jest niższa. Wypożyczanie samochodu i jazda po kanadzie to temat rzeka i szykuję dla Was osobny post temu poświęcony. 



Miesiąc przed
  1. Konto walutoweNam nie udało się znaleźć konta walutowego bezpośrednio w dolarach kanadyjskich. Sprawdziliśmy kilka banków i jedyna propozycja dla klienta prywatnego to konto w euro bądź dolarach amerykańskich co dla nas i tak oznaczało podwójne przewalutowanie. Zrezygnowaliśmy więc w takiego konta i postanowiliśmy zabrać więcej gotówki i polegać na kartach kredytowych.
  2. Kupno przydatnych rzeczy:
  • nośniki pamięci – zaopatrzyliśmy się w dwie karty mikroSD o pojemności 32 gb z adapterem na zwykłe SD oraz z adapterem na pendriva. W ten sposób z jednej karty mogliśmy korzystać w telefonach i tabletach – mikroSD, aparacie fotograficznym – zwykłe SD i uruchamiać z niej muzę w samochodzie po uzbrojeniu ją w pendriva. 
  • przełącznik do prądu – można kupić na miejscu w Saturnie za 15zł, my zamówiliśmy na allegro za 2zł sztuka,
  • przenośna ładowarka do telefonu i innego drobnego sprzętu – bardzo przydatny gadżet nie tylko w czasie podróży, ale też na co dzień. Cena zależna jest od ilości maksymalnej energii jaką można naładować ładowarkę. Mamy taką za 60 zł ładującą mojego Windows Phona 1,5 raza (Allegro) oraz taką za 80zł, która robi to aż 3,5 razy (Aliexpress)
  • ładowarka samochodowa na USB – bardzo przydatna rzecz, dla podróżujących wynajętym samochodem. Allegro – 5 zł.
  • odzież – nie odkryję Ameryki pisząc Wam, że odpowiednia odzież to podstawa udanej wycieczki. Jeżeli podobnie jak my będziecie skupiać się na parkach narodowych to zdecydowanie przydadzą się dwie pary sportowych, wygodnych butów; spodnie z membraną i kurtka soft shellowa – szczególnie jeżeli wybieracie się na otwartą wodę oglądać wieloryby :D 
Zdjęcie z sieci
Zdjęcie z sieci

 
      3. Telefonia komórkowaW Kanadzie sieci komórkowe nadają na innej częstotliwości niż w Europie. Obecnie nie stanowi to problemu, ponieważ wszystkie nowsze telefony mogą odbierać fale zarówno na częstotliwości europejskiej jak i kanadyjskiej. Planowaliśmy zakupić tam kartę lokalnego operatora aby móc dzwonić taniej do Polski, ale na miejscu stwierdziliśmy, że komunikacja mailowa z rodziną i przyjaciółmi przez te trzy tygodnie powinna wystarczyć. Jeżeli jednak ktoś z Was chciałby wykupić taką kartę to podobno najlepszy na takie krótkotrwałe kontrakty jest salon Rogers (można wykupić abonament na 1 miesiąc).


Tydzień przed
  1. WitaminyZ racji zmiany klimatu i planu na intensywne spędzenie trzech tygodni zaczęliśmy wcześniej łykać witaminy i kontynuowaliśmy to podczas podróży. Może to i placebo, ale mimo spania 4 godziny na dobę i częstych zmian temperatur nawet raz nie pociągnęliśmy nosem. Więc chętnie będziemy łykać je podczas kolejnej podróży :)
    Zdjęcie z sieci
  2. PakowanieWalizki położyliśmy w widocznym miejscu już tydzień wcześniej i wrzucaliśmy do nich swobodnie rzeczy, o których nie chcieliśmy zapomnieć. Na dwa dni przed przejrzeliśmy ich zawartość, dołożyliśmy to co potrzebne i pakowanie przebiegło w miarę bezboleśnie J
  3. Wymiana pieniędzyDobrze zająć się sprawą wcześniej, poczytać na forach o najatrakcyjniejszych kantorach w okolicy i śledzić kurs waluty, szczególnie jeżeli planujemy zabrać ze sobą większą ilość gotówki.



Dzień przed wyjazdem
  1. MapyCałą Kanadę zjeździliśmy dzięki pomocy darmowej nawigacji Windows Phone – HERE Drive. Najlepsze w nich jest to, że można ściągnąć je na telefon wcześniej, a w Kanadzie korzystać z nich offline. Dobrze zabrać się za ściąganie dopiero dwa/jeden dzień przed żeby mieć jak najbardziej aktualne mapy w telefonie. Mapy ściąga się po prowincjach i nie zawiodły nas nigdy. Nie musieliśmy dzięki nim wykupywać nawigacji z wypożyczalni samochodów.
  2. Rezerwacja noclegów w pierwszym miejscuJeżeli wybieracie sezon mniej turystyczny jak my, nie ma potrzeby martwić się o noclegi. Tutaj im dłużej będziecie czekać tym atrakcyjniejsze oferty będą pojawiać się na booking.com. Przed wylotem znaliśmy wyłącznie miejsce noclegu w Toronto. Wszystkie pozostałe destynacje rezerwowaliśmy na dzień przed gdy wiedzieliśmy już gdzie uda nam się dojechać.



W przygotowywaniu podróży bardzo pomogły nam rozmowy z blogerami, którzy znają Kanadę i wymieniliśmy z nimi sporo maili.
Jeżeli Wy również planujecie wyjazd bądź po prostu chcecie dowiedzieć się więcej niż jest tutaj napisane gorąco zachęcam do kontaktu.
Mam też całą masę ulotek i katalogów, czasami w liczbie większej niż 1. Chętnie się podzielę :)

Buziaki z trasy Krynica-Warszawa J

wtorek, 21 października 2014

Wiśniowy wodospad

11 km od Quebec City znajduje się prawdziwy cud natury – wodospad Montmorency (z fr. wiśnia). Można dostać się tutaj ze zorganizowaną wycieczką z centrum miasta bądź samemu złapać odpowiedni autobus miejski i dojechać na sam szczyt wodospadu. 


My wybraliśmy tą drugą, znacznie tańszą, opcję. Podróż trwała ok 50 minut, jechaliśmy przez podmiejskie tereny Quebecu mijając po drodze boisko, na którym rozgrywany był młodzieżowy mecz baseballu amerykańskiego. Dobrze wiedzieć, że gdy chcemy wysiąść z autobusu (po to żeby np. obejrzeć mecz do końca) i złapać potem inny autobus jadący w tym samym kierunku należy poprosić kierowcę o bilet przesiadkowy. W przeciwnym wypadku będziemy musieli kupić drugi bilet.  

Z przystanku do celu mamy ok 5 minut drogi przez rozległy las. Nad samym ujściem wody zbudowany jest wąski mostek Falls Suspension Bridge, którym można przejść na druga stronę wodospadu.
Woda spada tutaj z wysokości ok 83 metrów (o 30 metrów więcej niż w Niagarze), a widok jest niesamowity. Całość otoczona jest parkiem Parc de la Chute-Montmorency i po obu stronach wodospadu znajduje się masa altanek widokowych.
Po powtórnym przejściu przez mostek i krótki spacer przez las dotarliśmy do Panoramic Stairway i zeszliśmy na samym dół wodospadu zatrzymując się przy licznych platformach widokowych. Podobało nam się niesamowicie!
Tuż przy końcówce stromych schodów trasa się rozwidla – można zejść suchą stopę odbijając na lewo bądź wybrać ścieżkę na prawo, która prowadzi pod sam spad wodospadu gdzie opadająca woda kłębi się i nawet lekki wiatr przenosi kropelki tuż pod platformę. Zrobiliśmy tam szybko kilka zdjęć i cali mokrzy czym prędzej uciekliśmy na suchy ląd.
Pięknie położoną ścieżką można udać się na 15 minutowy spacer aż do samego terminalu kolejki linowej.
Kolejka dojeżdża na sam szczyt wodospadu i jest to jedyna płatna atrakcja w całym parku. My jednak zdecydowaliśmy się wrócić pieszo tą samą drogą, którą przyszliśmy i delektować się dłużej tymi cudami natury.
 Podsumowując:
 Montmorency Falls to genialna alternatywa do wodospadów na Niagarze. Dojazd z centrum miasta jest znacznie tańszy. Zarówno zejście do wodospadu jak i wejścia na wszystkie platformy widokowe są bezpłatne, a widok jest równie obłędny jak przy najsłynniejszych wodospadach Ameryki Północnej. Szkoda, że dzieli je prawie 1000 km :D


sobota, 11 października 2014

Kanadyjski Paryż


W mieście Quebec byliśmy dwa razy: spędziliśmy tu 2 dni po przylocie z Toronto, wypożyczyliśmy samochód i wyruszyliśmy na podbój Nowego Brunszwiku i Nowej Szkocji; a następnie jeden dzień po powrocie, w oczekiwaniu na pociąg do Montrealu. W tym czasie zdążyliśmy poznać wszystkie główne atrakcje turystyczne tego miasta, a nawet udać się na krótką wycieczkę w podmiejskie tereny.


Quebec zdecydowanie różni się od odwiedzanego przez nas wcześniej Toronto: architektura jest bardziej europejska (z resztą tym właśnie miasto chwali się na wszystkich ulotkach), królują wąskie uliczki, malownicze kamienice, brak tu takiej przestrzeni jak w miastach Ontario. Mnie Quebec kojarzy się z paryską dzielnicą Montmartre, tym bardziej, że miasto jest francuskojęzyczne. Jest to stolica całej prowincji Quebec, która w 95% posługuje się językiem francuskim i jest największą prowincją Kanady. Odbyły się tu nawet dwa referendum, ostatnie w 1995 roku, mające zdecydować o całkowitym oddzieleniu się Quebecu od Kanady. Referendum w prawdzie zostało przegrane (marginesem mniej niż jednego procenta!), ale Quebec wciąż ma więcej powiązań z Francją niż z angielską częścią Kanady.

 
Miasto leży wzdłuż Rzeki Świętego Wawrzyńca na szczycie stromej skarpy Cap Diament.

 
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od ścisłego centrum zwanego Vieux-Quebec. Piętrzy się nam nim olbrzymi hotel Chateau Frontenac, który podobno jest najczęściej fotografowanym hotelem na świecie.

 
Tuż obok wybudowany jest piękny drewniany taras – terrasse Dufferin, który ciągnie się wzdłuż rzeki, następnie przekształca się w dziką promenadę, po której co jakiś czas trzeba wspinać się po schodach aż do samej cytadeli. Cytadela to największa obsadzona wojskiem twierdza w Ameryce Północnej. Ma kształt gwiazdy i składa się z 25 budynków.

Aby z górnej części miasta dostać się do Basse-Ville można zjechać kolejką znajdującą się w okolicach wspomnianego wcześniej hotelu, ale jej cena zdecydowanie zachęca do pokonania tej trasy schodami. Tutaj czeka na nas drugi Paryż: urokliwe uliczki, mnóstwo prześlicznych restauracji, masa sklepów z ręcznymi wyrobami.


 
Przechadzając się Rue du Petit-Champlain gorąco zachęcam do zaglądania do niewielkich galerii z oryginalnym wyrobami. Tuż przy skrzyżowaniu z Rue Sousle-Fort znajduje się m.in. sklep z oryginalną odzieżą kanadyjską ( Zazou), kapitalny butik wyrobów ze szkła (Boutique des metiers d’art du Quebec), genialna galeria najróżniejszych wyrobów z metalu czy też najlepszy jaki udało mi się spotkać sklep z wyrobami indiańskimi (Chasse Galerie Botique).

 

Spacerując wąskimi uliczkami można natrafić na olbrzymią ilość ciekawych knajpek. My skusiliśmy się na nachosy na Escalier Casse – Cou, a wieczorem trafiliśmy do genialnego miejsca przy Rue du Petit-Champlain o nazwie Le Lapin Saute. Jest to knajpa gdzie można zasmakować królika przyrządzanego na wiele sposobów. Polecam wybrać talerz dla dwojga, na którym znajdują się różne mięsa, a kelner w przystępny sposób objaśnia jak zostały przygotowane. Trzeba pamiętać, że kelnerzy w Quebec przyzwyczajeni są do napiwków i często przypominają o nich przed opuszczeniem restauracji.

Wracając do hotelu ulicą pełną sklepów z pamiątkami i czasowo zamykaną dla ruchu samochodowego – Rue Saint Jean mijamy wiele miejsc przygotowanych od ulicznych wystąpień. Miasto wspiera takie przedsięwzięcia i wystawia bilbordy zachęcające widzów do udziału.


Widzieliśmy też nietypowy sposób na spędzanie wieczoru kawalerskiego:

 

Quebec city z pewnością może zrobić wrażenie. Jednak dla osób zwiedzających wcześniej europejskie dzielnice pewnie nie będzie wielka atrakcją. My spędziliśmy tam większość czasu spacerując po licznych ulicach starego miasta, ale zdecydowanie bardziej niż wizyty w stolicy prowincji Quebec czekaliśmy na wycieczki po parkach narodowych i wypatrywanie dzikiej zwierzyny.

 
 
Pozdrawiam gorąco w te piękne jesienne dni :)
 

środa, 1 października 2014

Welcome to Toronto

Miastem, które najbardziej przypadło mi do gustu w Kanadzie zdecydowanie jest Toronto. Olbrzymie wieżowce tuż przy brzegu jeziora Ontario, przepomocni ludzie, otwartość na turystów i szerokie drogi dodające miastu przestrzeni to tylko niektóre z jego plusów. W Toronto spędziliśmy w sumie 3 dni i już pierwszego z nich udaliśmy się do kolebki hokeja na lodzie - lodowiska drużyny Maple Leafs zwanego Air Canada Centre. Hala jest ogromna i robi olbrzymie wrażenie, nawet jak nie ma tafli lodowej. W budynku znajduje się też firmowy sklep i jest stamtąd prosta droga do kolejnego hokejowego must see w Kanadzie: Hockey Hall of Fame. Jest to muzeum upamiętniające wielkie wyczyny, wielkich zawodników i wielkie drużyny hokejowe z całego świata.
Oglądaliśmy całą masę koszulek, filmików, trofeów; zachwycaliśmy się wspaniałymi golami (złota bramka Sidneya Crosbiego z Igrzysk w 2010 roku ma nawet swoją własną scenę!); a nawet korzystaliśmy z utworzonego fragmentu lodowiska gdzie można było wcielić się zarówno w bramkarza jak i w strzelającego (zdecydowanie lepszy ze mnie napastnik niż obrońca, ale to na pewno dlatego, że komputer oszukiwał!).
W muzeum odnaleźliśmy też nasz polski element, a nawet coś jeszcze bardziej lokalnego – wspomnienie o turnieju rozgrywanym w 1931 roku w mojej rodzinnej miejscowości – Krynicy :)

Tuż obok znajduje się spory sklep gdzie można zaopatrzyć się w gadżety wszystkich drużyn NHL, a czasami nawet spotkać zawodników :)
Tip: zdecydowanie lepszej jakości koszulki znajdują się w oryginalnych sklepach drużynowych przy lodowiskach (np. Air Canada w Toronto lub Centre Bell w Montrealu), ale można w nich kupić wyłącznie gadżety drużyn z danego miasta. W sklepie przy Hockey Hall of Fame jest za to cała masa przedmiotów niepowiązanych z żadną drużyną, a jedynie gloryfikujących kanadyjski hokej bądź całą NHL, więc jeżeli nie ma się ulubionej drużyny to polecam się tam zaopatrzyć. Ceny wszędzie podobne.
Niedaleko Air Canada Center jest spory pub z kapitalnym piwem wytwarzanym na miejscu – The Fox. Siedząc w ogródku z widokiem na halę lodową przyglądaliśmy się przejeżdżającemu autobusowi. Wzbudził on śmiech i oklaski wśród wszystkich naszych sąsiadów :D Zobaczcie dlaczego:
Podczas naszego pobytu w Toronto odbywało się chyba największe wydarzenie w roku - TIFF międzynarodowy festiwal filmowy porównywany do tego w Cannes. Z tej okazji można było obejrzeć wiele dobrych filmów, a nawet premier w licznych kinach i teatrach miasta. Jedna z głównych ulic w centrum: King Street była całkowicie zamknięta dla ruchu samochodowego i odbywało się na niej wiele pokazów czy ciekawych stoisk firm. Częstowano kawą, herbatą, koktajlami owocowymi. Można było wziąć udział w licznych konkursach i wygrać bilety na któryś z festiwalowych seansów. Przed premierowymi pokazami obserwowaliśmy liczne limuzyny podjeżdżające pod drzwi teatrów, udało nam się nawet zobaczyć Roberta Downey’a Jr.
 
Po wygraniu kilku gadżetów i wzięciu udziału w krótkim nagraniu (przy alejce ustawiony był samochód i reżyser wraz z dwoma kamerzystami kręcili sceny z przechodniami którzy mieli na to ochotę) poszliśmy dalej King Street w kierunku wschodnim. Dochodzi się do części miasta imponującej swoimi licznymi olbrzymimi przeszklonymi wieżowcami. Właściwie to całe centrum jest nimi usłane. Zarówno w ciągu dnia jak i nocą robi to wyjątkowe wrażenie :)
Wieczorem postanowiliśmy udać się w okolice City Hall (ratusza) i posiedzieć na ławce w okolicach wielkiej fontanny. Ratusz jest dość nietypowy, ponieważ składa się z dwóch półokrągłych budynków. W ciągu dnia można zwiedzać go bezpłatnie.
Tuż obok City Hall znajduje się największe centrum handlowe w Toronto: Eaton Centre. Wygląda zupełnie jak nasza Bonarka czy Złote Tarasy. Zaskoczeni byliśmy dopiero dwa tygodnie później gdy wróciliśmy do Toronto na lot do Polski. Bynajmniej z powodu sklepów czy asortymentu. Powodem była olbrzymia kolejka przed sklepem iStore w pierwszym dniu sprzedaży nowego iPhona 6. Ciężko było zweryfikować zarówno jej koniec jak i początek, ludzi było tyle, że zajmowali wszystkie piętra tego olbrzymiego domu handlowego. Mimo, ze godzina była już 15 wciąż pojawiali się nowi żądni zakupu. Żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać tego tłoku!
Główną atrakcją Toronto jest CN Tower. Betonowa wieża w samym centrum, która jeszcze do niedawna była najwyższym budynkiem na świecie (teraz prześcignął ją Dubaj). Bilet na sam szczyt nie należy do najtańszych, na szczęście jest niewielka zniżka studencka z kartą ISIC. Przed wjechaniem na górę przechodzi się kontrolę bezpieczeństwa. Winda jedzie może z minutę, dobrze wejść do niej jako ostatni, ponieważ wtedy ma się możliwość obserwować przez szybę jak zmienia się Toronto z różną wysokością. Zmianę ciśnienia czuć też w uszach.
Na górze czekał nas niestety zawód. Nie było miejsca widokowego niezakrytego w całości albo szybą albo siatką. Glass floor, którym tak szczyci się wieża okazało się kawałkiem podłogi pokrytym szkłem, z którego ani nie było ładnego widoku ani nie dało robić się zdjęć, bo wszystko było pod światło. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony punkt widokowy na świecie. Mimo, że to główna turystyczna atrakcja miasta nie polecam, a wręcz odradzam. Pieniądze za wstęp lepiej spożytkować na rejs na jedną z miejskich wysp (i zostanie jeszcze na co najmniej 2 piwa) lub na zakupy w Eaton Centre.
Tuż przy brzegu jeziora Ontario leżą wyspy zwane Toroto Islands. Kursują do nich promy, na które bez problemu można kupić bilet w kasie. Ponieważ jedna z wysp jest licznie zamieszkiwana, promy traktowane są jako komunikacja publiczna.
Pływają one w trzy miejsca: Hanlan's Point, Centre Island i Wars's Island. My wybraliśmy ten drugi i w 15 minut byliśmy na miejscu (dobrze jest ustawić się przy prawej burcie i obserwować oddalające się centrum miasta).
Z wyspy jest kapitalny widok na centrum Toronto. Można się też oderwać od miejskiego biegu i odpocząć wśród wszechobecnej zieleni. Na wyspie jest lotnisko miejskie, na którym co chwila lądują nowe samoloty oraz plaże (w tym też plaża nudystów).
Spacerując wzdłuż brzegu jeziora mija się kilka ciekawych knajpek. Gorąco polecam tę o nazwie Amsterdam BrewHouse (spory czerwony budynek). Mają przesmaczne piwo (Big Wheel Deluxe Amber – jedno z najlepszych jakie piłam) i bardzo cierpliwą obsługę, która pomaga dobrać odpowiedni jego rodzaj do posiłku i na dodatek siedzi się przy samym brzegu jeziora Ontario.
Chętnych regionalnych wyrobów zachęcam do odwiedzenia St. Lawrence Market. To olbrzymie pomieszczenie na dwóch piętrach mieści miejskich producentów.
Można zaopatrzyć się tu w syrop klonowy, całą masę świeżych ryb bądź innych owoców morza, pamiątki, a my zdecydowaliśmy się na icewine czyli wino z mrożonych winogron. Ciekawa jest sprawa z jego produkcją: winogrona, które standardowo zbierane są w październiku/listopadzie, w tym rejonie Kanady pozostawiane są na krzakach czasami nawet do stycznia. Kiedy temperatura osiągnie -15 stopni, skurczone i wyschnięte owoce są zbierane (najczęściej nocą, aby słońce nie rozpuściło soku) i ta odrobina napoju, która w nich została służy jako koncentrat do wina. Dzięki temu napój jest dużo słodszy, ale powstaje go zaledwie 10% w porównaniu z owocami zbieranymi jesienią. Region w okolicach wodospadów Niagara słynie z produkcji tego rodzaju wina. Nie należy on do najtańszych, ale w Lawrence Market można zadegustować kilku i wybrać swój ulubiony, a potem delektować się nim podczas długich jesiennych wieczorów w Polsce.
 Wróciliśmy do słonecznej Polski i już planujemy kolejne podróże :)
Wciąż jest cała masa rzeczy, o których warto napisać. Posty wciąż będą się pojawiać więc stay in touch i do usłyszenia!

wtorek, 23 września 2014

Super H2O

Z Montrealu do Toronto jechaliśmy autobusem Metrobus. Bilety kupiliśmy jeszcze przed wyjazdem z Polski. Autobus ma podobne standardy jak PolskiBus – nie ma miejsc numerowanych, ale za to ma wifi i gniazdka J Jechaliśmy wzdłuż rzeki Świętego Wawrzyńca, następnie tuż przy granicy z USA, aż do zmiany prowincji z Quebec’u na Ontario, kończąc tuż przy jeziorze o nazwie takiej samej jak prowincja, do której właśnie wjechaliśmy. Podróż trwała ok 6 godzin i z samego rana dojechaliśmy do Toronto. 

Korzystając z wczesnej pory, postanowiliśmy zobaczyć słynny Wodospad Niagara, znajdujący się ok 150 km od Toronto. W oczekiwaniu na transport zauważyliśmy grupkę ludzi zdecydowanie wyróżniających się z tłumu: 
Zdjęcie z sieci
Byli to amisze – wspólnota wywodząca się z Europy, żyjąca w odizolowaniu, w której panują rygorystyczne metody dotyczące ubioru i techniki. Nie korzystają oni z telefonów, fotografii, samochodów, telewizji, a niektórzy w ogóle z elektryczności. Wywodzą się ze Szwajcarii, ale teraz w Europie prawie ich nie ma. Największe skupiska są w USA i w Kanadzie, właśnie w prowincji Ontario. Nazywani są często sektą, a w literaturze określa się ich jako chrześcijańska wspólnota protestancka bądź konserwatywny odłam anabaptystów. Praktykują też tradycyjny model rodziny i siedmioro bądź więcej dzieci. Nie ma w zwyczaju łączyć się w związki z kimś spoza wspólnoty.
Gdy już udało nam się zapakować i dojechać na miejsce czekał nas krótki spacer do jednego z siedmiu cudów świata. Autobus zatrzymuje się w miasteczku Niagara Falls, stamtąd można wybrać się na 20-minutową przechadzkę pod wodospady bądź kupić bilet na autobusy (4 linie oznaczone kolorami na mapie). My zdecydowaliśmy się na spacer i w towarzystwie całej masy wiewiórek szliśmy wzdłuż rzeki Niagara, oddzielającej nas od Stanów Zjednoczonych. Słynna atrakcja składa się z dwóch wodospadów: American Falls i Canadian (Horseshoe) Falls. Ze strony USA spadają wodospady, więc atrakcyjniejszy widok jest ze strony Kanadyjskiej.
Na miejscu można skorzystać z wielu atrakcji:
1. Rejsu statkiem pod sam wodospad – każdy uczestnik otrzymuje pelerynę przeciwdeszczową, rejs trwa ok 20 minut
2. Wieży widokowej (Skylon Tower Observation Deck) bądź Diabelskiego Młyna postawionego tuż obok
3. Windy (Table Rock House) wbijającej się w skałę na głębokość 46 metrów do tuneli i platform widokowych
4. Widokowego szlaku pieszego (White Water Walk) po drewnianych kładkach tuż obok spienionych wód
Odnaleźliśmy też polski motyw w miasteczku: okazało się, że Park Niagara stworzył nasz rodak Kazimierz Gzowski. Był on również wybitnym inżynierem i jego firma zbudowała m.in. międzynarodowy most na Niagarze.
Bliżej Stanów to nie byłam nigdy :)
Okolice Niagary były bardzo zagospodarowane, powstało tam wiele hoteli zarówno po naszej stronie jak i USA. Nietrudno było też trafić do sklepu z pamiątkami czy do knajpy z jedzeniem. Długo obserwowaliśmy pieniącą się wodę. Cieszyliśmy się niewielkim ruchem turystycznym (jedyny tłok panował na statkach podpływających pod wodospad). Zostaliśmy w miasteczku 4 godziny i powoli wróciliśmy na miejsce odjazdu naszego autobusu do Toronto.
Brzeg Niagary
Cieszę się razem z Wami ze zwycięstwa naszej drużyny siatkarzy w Mistrzostwach Świata :)
Pozdrawiam gorąco!

niedziela, 21 września 2014

Hockey: Making dentists rich since 1875

Dojechaliśmy do Quebec. Rozstaliśmy się z naszą czerwoną strzałą i dalszą część trasy będziemy pokonywać transportem publicznym. Planuję przygotować dla Was osobny post o wypożyczaniu samochodu w Kanadzie, jak się do niego przygotować, wskazówki na drodze i jak uniknąć wlepienia dodatkowych opłat.



Winna jestem również opis miasta Quebec (w prowincji o takiej samej nazwie) i z pewnością się on pojawi, ale z racji tego, że w tym mieście spędziliśmy w sumie 3,5 dnia (2,5 przed wyprawą do Nowego Brunszwiku i 1 po) należy mu się dokładniej przygotowany post.
Tymczasem w Quebec wsiedliśmy do pociągu Via Rail i w przeciągu 3h pokonaliśmy prawie 300 km prosto do Montrealu.



Odprawa pociągu była podobna jak samolotu: ważenie bagaży (nasze walizki powiększyły się już o 1/3, a główne zakupy jeszcze przed nami!), sprawdzanie biletów, brakowało tylko bramek bezpieczeństwa. Pociąg był bardzo wygodny: wagon bezprzedziałowy, spora przestrzeń na nogi, rozkładane stoliki, duża i schludna łazienka. Zabukowaliśmy go jeszcze będąc w Polsce, dzięki temu bilet był dużo tańszy.



W Montrealu, podobnie jak w całej prowincji Quebec głównym językiem jaki słyszy się na ulicach jest francuski. Mieliśmy jeden dzień na zwiedzenie miasta, więc pewnie nie uda mi się napisać nic więcej niż to co można znaleźć w przewodnikach. Zaczęliśmy od głównego punktu programu (to właśnie dzięki niemu zdecydowaliśmy się odwiedzić to miasto) a mianowicie Centre Bell: lodowisko Montreal Canadiens i Hall of Fame gwiazd MC, ale też pozostałych MVP NHL.



National Hockey League zaczyna się dopiero od października i żałuję bardzo, że nie sprawdziliśmy tego przed wyjazdem. Na pewno zabukowalibyśmy bilety na 2 tygodnia później. W każdym razie słynna Hall of Fame wciąż stała dla nas otworem (mają zniżki dla studentów). Przywykliśmy już do tego, że większość atrakcji zwiedzamy całkiem sami i nikt nie przeszkadza nam w oglądaniu koszulek i innego sprzętu hokeistów. Przeszliśmy przez historię drużyny, poznaliśmy najbardziej zasłużonych zawodników, wzięliśmy udział w quizie i oglądaliśmy krótkie filmiki. W muzeum było przygotowanych sporo miejsc do ciekawych zdjęć, ale Hall of Fame w Toronto jest znacznie większe i posiada więcej interaktywnych atrakcji.




Przechodzając się po handlowej dzielnicy Montrealu - Centre Ville podziwialiśmy olbrzymie wieżowce. Zeszliśmy również do podziemnego miasta, w którym znajdują się sklepy, hotele, restauracje, bary, muzea, teatry, kina, uniwersytet, a nawet lodowisko. Można nazwać to równoległym światem, w którym życie toczy się głównie zimą, gdzie mieszkańcy chowają się przed mrozem. Miasto połączone jest kilkoma stacjami metra i jest największą tego typu podziemną siecią na świecie (liczy ponad 32 km).




Korzystając ze słonecznego dnia udaliśmy się na Mont-Royal - piętrzącą się w środku miasta górę z kapitalnym punktem widokowym. Wspinają się mijało nas sporo uprawiających jogging ludzi. Z góry roztaczał się typowo miejski krajobraz, sporo wieżowców o ciekawych kształtach i prostopadłe ulice. Gdy przejdzie się odrobinę na wschód roztacza się widok na Centrum Olimpijskie, z kolei po przejściu na zachód – na Kościół Świętego Józefa, który jest najwyższym punktem Montrealu.





Zeszliśmy z góry wprost do Vieux-Montreal czyli Starego Miasta. Podczas spaceru jego ulicami podziwialiśmy Bazylikę Notre-Dame, urokliwe hotele i po wstąpieniu do kilku sklepów z pamiątkami kupiliśmy NIC. Dotarliśmy do jednego ze słynnych w Kanadzie marketów – Marche Bonsecours – miejsce gdzie wystawiają się lokalni rzemieślnicy i można zaopatrzyć się w mniej standardowe pamiątki. W dzielnicy Vieux-Port de Montreal, do której doszliśmy można przejść się przy zagospodarowanym brzegu rzeki Św. Wawrzyńca i wstąpić do licznych obiektów: Centre des Sciences de Montreal (centrum nauk napakowane interaktywnymi urządzeniami pomagającymi poznać jak działa świat, coś na kształt naszego Centrum Nauki Kopernik w WAW), Pointe-a-Calliere (muzeum archeologii i historii Montrealu) oraz podziwiać rozciągający się widok montrealskich wysp: Ile Sainte-Helene i Ile Notre-Dame. Sam spacer przyprawił nas również o dreszczyk grozy, ponieważ zostaliśmy zaczepieni przez… zombie. Po kilku pierwszych sekundach strachu dowiedzieliśmy się, że są przejazdem wraz ze swoim domem strachów. Trzeba przyznać, że przebrania mieli bardzo realistyczne, my jednak nie chcieliśmy przerywać poznawania ostatniego miasta w prowincji Quebec jakie mieliśmy w planie.

Przechadzając się po ulicy Sainte-Catherine zauważyłam koszulkę Sidney’a Crosbiego wiszącą w oknie. Okazało się, że był to olbrzymi sportowy bar MOST VALUABLE PLAYERS, do którego wręcz musieliśmy wejść. Wewnątrz jest wiele zdjęć i autografów nie tylko najlepszych hokeistów, ale też sportowców innych dziedzin.


Wieczorem odwiedziliśmy ulicę Saint-Denis, która znana jest z wielu barów i studenckiego klimatu. Znaleźliśmy świetny bar z wyjątkowym piwem robionym na miejscu – 3 Brewers. Polecamy 



Po ostatnim nocnym przejściu przez miasto zapakowaliśmy się do autobusu i wróciliśmy do naszego zaprzyjaźnionego Toronto.




Pozdrawiam gorąco!