Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiezowce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiezowce. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 października 2014

Welcome to Toronto

Miastem, które najbardziej przypadło mi do gustu w Kanadzie zdecydowanie jest Toronto. Olbrzymie wieżowce tuż przy brzegu jeziora Ontario, przepomocni ludzie, otwartość na turystów i szerokie drogi dodające miastu przestrzeni to tylko niektóre z jego plusów. W Toronto spędziliśmy w sumie 3 dni i już pierwszego z nich udaliśmy się do kolebki hokeja na lodzie - lodowiska drużyny Maple Leafs zwanego Air Canada Centre. Hala jest ogromna i robi olbrzymie wrażenie, nawet jak nie ma tafli lodowej. W budynku znajduje się też firmowy sklep i jest stamtąd prosta droga do kolejnego hokejowego must see w Kanadzie: Hockey Hall of Fame. Jest to muzeum upamiętniające wielkie wyczyny, wielkich zawodników i wielkie drużyny hokejowe z całego świata.
Oglądaliśmy całą masę koszulek, filmików, trofeów; zachwycaliśmy się wspaniałymi golami (złota bramka Sidneya Crosbiego z Igrzysk w 2010 roku ma nawet swoją własną scenę!); a nawet korzystaliśmy z utworzonego fragmentu lodowiska gdzie można było wcielić się zarówno w bramkarza jak i w strzelającego (zdecydowanie lepszy ze mnie napastnik niż obrońca, ale to na pewno dlatego, że komputer oszukiwał!).
W muzeum odnaleźliśmy też nasz polski element, a nawet coś jeszcze bardziej lokalnego – wspomnienie o turnieju rozgrywanym w 1931 roku w mojej rodzinnej miejscowości – Krynicy :)

Tuż obok znajduje się spory sklep gdzie można zaopatrzyć się w gadżety wszystkich drużyn NHL, a czasami nawet spotkać zawodników :)
Tip: zdecydowanie lepszej jakości koszulki znajdują się w oryginalnych sklepach drużynowych przy lodowiskach (np. Air Canada w Toronto lub Centre Bell w Montrealu), ale można w nich kupić wyłącznie gadżety drużyn z danego miasta. W sklepie przy Hockey Hall of Fame jest za to cała masa przedmiotów niepowiązanych z żadną drużyną, a jedynie gloryfikujących kanadyjski hokej bądź całą NHL, więc jeżeli nie ma się ulubionej drużyny to polecam się tam zaopatrzyć. Ceny wszędzie podobne.
Niedaleko Air Canada Center jest spory pub z kapitalnym piwem wytwarzanym na miejscu – The Fox. Siedząc w ogródku z widokiem na halę lodową przyglądaliśmy się przejeżdżającemu autobusowi. Wzbudził on śmiech i oklaski wśród wszystkich naszych sąsiadów :D Zobaczcie dlaczego:
Podczas naszego pobytu w Toronto odbywało się chyba największe wydarzenie w roku - TIFF międzynarodowy festiwal filmowy porównywany do tego w Cannes. Z tej okazji można było obejrzeć wiele dobrych filmów, a nawet premier w licznych kinach i teatrach miasta. Jedna z głównych ulic w centrum: King Street była całkowicie zamknięta dla ruchu samochodowego i odbywało się na niej wiele pokazów czy ciekawych stoisk firm. Częstowano kawą, herbatą, koktajlami owocowymi. Można było wziąć udział w licznych konkursach i wygrać bilety na któryś z festiwalowych seansów. Przed premierowymi pokazami obserwowaliśmy liczne limuzyny podjeżdżające pod drzwi teatrów, udało nam się nawet zobaczyć Roberta Downey’a Jr.
 
Po wygraniu kilku gadżetów i wzięciu udziału w krótkim nagraniu (przy alejce ustawiony był samochód i reżyser wraz z dwoma kamerzystami kręcili sceny z przechodniami którzy mieli na to ochotę) poszliśmy dalej King Street w kierunku wschodnim. Dochodzi się do części miasta imponującej swoimi licznymi olbrzymimi przeszklonymi wieżowcami. Właściwie to całe centrum jest nimi usłane. Zarówno w ciągu dnia jak i nocą robi to wyjątkowe wrażenie :)
Wieczorem postanowiliśmy udać się w okolice City Hall (ratusza) i posiedzieć na ławce w okolicach wielkiej fontanny. Ratusz jest dość nietypowy, ponieważ składa się z dwóch półokrągłych budynków. W ciągu dnia można zwiedzać go bezpłatnie.
Tuż obok City Hall znajduje się największe centrum handlowe w Toronto: Eaton Centre. Wygląda zupełnie jak nasza Bonarka czy Złote Tarasy. Zaskoczeni byliśmy dopiero dwa tygodnie później gdy wróciliśmy do Toronto na lot do Polski. Bynajmniej z powodu sklepów czy asortymentu. Powodem była olbrzymia kolejka przed sklepem iStore w pierwszym dniu sprzedaży nowego iPhona 6. Ciężko było zweryfikować zarówno jej koniec jak i początek, ludzi było tyle, że zajmowali wszystkie piętra tego olbrzymiego domu handlowego. Mimo, ze godzina była już 15 wciąż pojawiali się nowi żądni zakupu. Żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać tego tłoku!
Główną atrakcją Toronto jest CN Tower. Betonowa wieża w samym centrum, która jeszcze do niedawna była najwyższym budynkiem na świecie (teraz prześcignął ją Dubaj). Bilet na sam szczyt nie należy do najtańszych, na szczęście jest niewielka zniżka studencka z kartą ISIC. Przed wjechaniem na górę przechodzi się kontrolę bezpieczeństwa. Winda jedzie może z minutę, dobrze wejść do niej jako ostatni, ponieważ wtedy ma się możliwość obserwować przez szybę jak zmienia się Toronto z różną wysokością. Zmianę ciśnienia czuć też w uszach.
Na górze czekał nas niestety zawód. Nie było miejsca widokowego niezakrytego w całości albo szybą albo siatką. Glass floor, którym tak szczyci się wieża okazało się kawałkiem podłogi pokrytym szkłem, z którego ani nie było ładnego widoku ani nie dało robić się zdjęć, bo wszystko było pod światło. Zdecydowanie nie jest to mój ulubiony punkt widokowy na świecie. Mimo, że to główna turystyczna atrakcja miasta nie polecam, a wręcz odradzam. Pieniądze za wstęp lepiej spożytkować na rejs na jedną z miejskich wysp (i zostanie jeszcze na co najmniej 2 piwa) lub na zakupy w Eaton Centre.
Tuż przy brzegu jeziora Ontario leżą wyspy zwane Toroto Islands. Kursują do nich promy, na które bez problemu można kupić bilet w kasie. Ponieważ jedna z wysp jest licznie zamieszkiwana, promy traktowane są jako komunikacja publiczna.
Pływają one w trzy miejsca: Hanlan's Point, Centre Island i Wars's Island. My wybraliśmy ten drugi i w 15 minut byliśmy na miejscu (dobrze jest ustawić się przy prawej burcie i obserwować oddalające się centrum miasta).
Z wyspy jest kapitalny widok na centrum Toronto. Można się też oderwać od miejskiego biegu i odpocząć wśród wszechobecnej zieleni. Na wyspie jest lotnisko miejskie, na którym co chwila lądują nowe samoloty oraz plaże (w tym też plaża nudystów).
Spacerując wzdłuż brzegu jeziora mija się kilka ciekawych knajpek. Gorąco polecam tę o nazwie Amsterdam BrewHouse (spory czerwony budynek). Mają przesmaczne piwo (Big Wheel Deluxe Amber – jedno z najlepszych jakie piłam) i bardzo cierpliwą obsługę, która pomaga dobrać odpowiedni jego rodzaj do posiłku i na dodatek siedzi się przy samym brzegu jeziora Ontario.
Chętnych regionalnych wyrobów zachęcam do odwiedzenia St. Lawrence Market. To olbrzymie pomieszczenie na dwóch piętrach mieści miejskich producentów.
Można zaopatrzyć się tu w syrop klonowy, całą masę świeżych ryb bądź innych owoców morza, pamiątki, a my zdecydowaliśmy się na icewine czyli wino z mrożonych winogron. Ciekawa jest sprawa z jego produkcją: winogrona, które standardowo zbierane są w październiku/listopadzie, w tym rejonie Kanady pozostawiane są na krzakach czasami nawet do stycznia. Kiedy temperatura osiągnie -15 stopni, skurczone i wyschnięte owoce są zbierane (najczęściej nocą, aby słońce nie rozpuściło soku) i ta odrobina napoju, która w nich została służy jako koncentrat do wina. Dzięki temu napój jest dużo słodszy, ale powstaje go zaledwie 10% w porównaniu z owocami zbieranymi jesienią. Region w okolicach wodospadów Niagara słynie z produkcji tego rodzaju wina. Nie należy on do najtańszych, ale w Lawrence Market można zadegustować kilku i wybrać swój ulubiony, a potem delektować się nim podczas długich jesiennych wieczorów w Polsce.
 Wróciliśmy do słonecznej Polski i już planujemy kolejne podróże :)
Wciąż jest cała masa rzeczy, o których warto napisać. Posty wciąż będą się pojawiać więc stay in touch i do usłyszenia!

niedziela, 21 września 2014

Hockey: Making dentists rich since 1875

Dojechaliśmy do Quebec. Rozstaliśmy się z naszą czerwoną strzałą i dalszą część trasy będziemy pokonywać transportem publicznym. Planuję przygotować dla Was osobny post o wypożyczaniu samochodu w Kanadzie, jak się do niego przygotować, wskazówki na drodze i jak uniknąć wlepienia dodatkowych opłat.



Winna jestem również opis miasta Quebec (w prowincji o takiej samej nazwie) i z pewnością się on pojawi, ale z racji tego, że w tym mieście spędziliśmy w sumie 3,5 dnia (2,5 przed wyprawą do Nowego Brunszwiku i 1 po) należy mu się dokładniej przygotowany post.
Tymczasem w Quebec wsiedliśmy do pociągu Via Rail i w przeciągu 3h pokonaliśmy prawie 300 km prosto do Montrealu.



Odprawa pociągu była podobna jak samolotu: ważenie bagaży (nasze walizki powiększyły się już o 1/3, a główne zakupy jeszcze przed nami!), sprawdzanie biletów, brakowało tylko bramek bezpieczeństwa. Pociąg był bardzo wygodny: wagon bezprzedziałowy, spora przestrzeń na nogi, rozkładane stoliki, duża i schludna łazienka. Zabukowaliśmy go jeszcze będąc w Polsce, dzięki temu bilet był dużo tańszy.



W Montrealu, podobnie jak w całej prowincji Quebec głównym językiem jaki słyszy się na ulicach jest francuski. Mieliśmy jeden dzień na zwiedzenie miasta, więc pewnie nie uda mi się napisać nic więcej niż to co można znaleźć w przewodnikach. Zaczęliśmy od głównego punktu programu (to właśnie dzięki niemu zdecydowaliśmy się odwiedzić to miasto) a mianowicie Centre Bell: lodowisko Montreal Canadiens i Hall of Fame gwiazd MC, ale też pozostałych MVP NHL.



National Hockey League zaczyna się dopiero od października i żałuję bardzo, że nie sprawdziliśmy tego przed wyjazdem. Na pewno zabukowalibyśmy bilety na 2 tygodnia później. W każdym razie słynna Hall of Fame wciąż stała dla nas otworem (mają zniżki dla studentów). Przywykliśmy już do tego, że większość atrakcji zwiedzamy całkiem sami i nikt nie przeszkadza nam w oglądaniu koszulek i innego sprzętu hokeistów. Przeszliśmy przez historię drużyny, poznaliśmy najbardziej zasłużonych zawodników, wzięliśmy udział w quizie i oglądaliśmy krótkie filmiki. W muzeum było przygotowanych sporo miejsc do ciekawych zdjęć, ale Hall of Fame w Toronto jest znacznie większe i posiada więcej interaktywnych atrakcji.




Przechodzając się po handlowej dzielnicy Montrealu - Centre Ville podziwialiśmy olbrzymie wieżowce. Zeszliśmy również do podziemnego miasta, w którym znajdują się sklepy, hotele, restauracje, bary, muzea, teatry, kina, uniwersytet, a nawet lodowisko. Można nazwać to równoległym światem, w którym życie toczy się głównie zimą, gdzie mieszkańcy chowają się przed mrozem. Miasto połączone jest kilkoma stacjami metra i jest największą tego typu podziemną siecią na świecie (liczy ponad 32 km).




Korzystając ze słonecznego dnia udaliśmy się na Mont-Royal - piętrzącą się w środku miasta górę z kapitalnym punktem widokowym. Wspinają się mijało nas sporo uprawiających jogging ludzi. Z góry roztaczał się typowo miejski krajobraz, sporo wieżowców o ciekawych kształtach i prostopadłe ulice. Gdy przejdzie się odrobinę na wschód roztacza się widok na Centrum Olimpijskie, z kolei po przejściu na zachód – na Kościół Świętego Józefa, który jest najwyższym punktem Montrealu.





Zeszliśmy z góry wprost do Vieux-Montreal czyli Starego Miasta. Podczas spaceru jego ulicami podziwialiśmy Bazylikę Notre-Dame, urokliwe hotele i po wstąpieniu do kilku sklepów z pamiątkami kupiliśmy NIC. Dotarliśmy do jednego ze słynnych w Kanadzie marketów – Marche Bonsecours – miejsce gdzie wystawiają się lokalni rzemieślnicy i można zaopatrzyć się w mniej standardowe pamiątki. W dzielnicy Vieux-Port de Montreal, do której doszliśmy można przejść się przy zagospodarowanym brzegu rzeki Św. Wawrzyńca i wstąpić do licznych obiektów: Centre des Sciences de Montreal (centrum nauk napakowane interaktywnymi urządzeniami pomagającymi poznać jak działa świat, coś na kształt naszego Centrum Nauki Kopernik w WAW), Pointe-a-Calliere (muzeum archeologii i historii Montrealu) oraz podziwiać rozciągający się widok montrealskich wysp: Ile Sainte-Helene i Ile Notre-Dame. Sam spacer przyprawił nas również o dreszczyk grozy, ponieważ zostaliśmy zaczepieni przez… zombie. Po kilku pierwszych sekundach strachu dowiedzieliśmy się, że są przejazdem wraz ze swoim domem strachów. Trzeba przyznać, że przebrania mieli bardzo realistyczne, my jednak nie chcieliśmy przerywać poznawania ostatniego miasta w prowincji Quebec jakie mieliśmy w planie.

Przechadzając się po ulicy Sainte-Catherine zauważyłam koszulkę Sidney’a Crosbiego wiszącą w oknie. Okazało się, że był to olbrzymi sportowy bar MOST VALUABLE PLAYERS, do którego wręcz musieliśmy wejść. Wewnątrz jest wiele zdjęć i autografów nie tylko najlepszych hokeistów, ale też sportowców innych dziedzin.


Wieczorem odwiedziliśmy ulicę Saint-Denis, która znana jest z wielu barów i studenckiego klimatu. Znaleźliśmy świetny bar z wyjątkowym piwem robionym na miejscu – 3 Brewers. Polecamy 



Po ostatnim nocnym przejściu przez miasto zapakowaliśmy się do autobusu i wróciliśmy do naszego zaprzyjaźnionego Toronto.




Pozdrawiam gorąco!